Przywództwo pozytywnego wpływu, czyli o obecności lidera w social media – wywiad z Maciejem Hermanem CEO LOTTE Wedel

Macieja Hermana od bardzo długiego czasu obserwuję na Linkedin. Więcej. Na wystąpieniach czy warsztatach podaję jako przykład prezesa, który w sposób autentyczny i spójny wskazuje na ważne firmowe i społeczne tematy.

To, co jest wyróżnikiem Macieja Hermana to umiejętność radzenia sobie z krytycznymi komentarzami, konkret, merytoryka, a przede wszystkim naturalność. Bo zdarzają się również wpadki i różnej wielkości kryzysy. O tym, jak wygląda w praktyce obecność lidera na LinkedIn, dowiesz się z tego wywiadu.

Porozmawiamy o korzyściach aktywnego działania na LinkedIn, o wyzwaniach oraz o tym, co chyba interesuje najbardziej – jak radzić sobie z hejtem i negatywnymi komentarzami.

Dla mnie osobiście najważniejsze jest, że w Polsce są liderzy, którzy nie tylko korzystają z możliwości pozytywnego wpływu na to, jak postrzegana jest firma, w której pracują, ale też na to, żeby zmieniać świat i otoczenie na lepsze!

Wywiad z Maciejem Hermanem powstał w ramach podcastu Silna Marka w Praktyce. Jeżeli nie masz ochoty czytać, a wolisz słuchać, to zapraszam do odcinka #10. Maciej Herman CEO LOTTE Wedel, czyli silna marka w praktyce.

Angelika Chimkowska: Dzień dobry. Dzisiaj w szczególnym odcinku wywiad z Maciejem Hermanem z Wedla. Opowiadamy o tym, jak w praktyce wygląda działalność prezesa na LinkedInie. Nie będę zbyt dużo mówiła, dam mojemu gościowi możliwość przedstawienia się i powiedzenia o wszystkich najważniejszych sprawach. Proszę powiedzieć, kim jest Maciej Herman?

Maciej Herman: Dzień dobry. Przede wszystkim dziękuję za zaproszenie do rozmowy. Nazywam się Maciej Herman, jestem dyrektorem zarządzającym Wedla, w firmie od ponad jedenastu lat. Od urodzenia patriotyczny gdynianin.

A.C.: Na obczyźnie w Warszawie teraz?

M.H.: Na obczyźnie w Warszawie, tak.

A.C.: Okej. Ale coś więcej? Zawsze jako sprzedawca, marketingowiec?

M: Tak, zdecydowanie obszar komercyjny. Zaczynałem od pracy jako przedstawiciel handlowy, zaraz po studiach. Większość mojego życia zawodowego to dział sprzedaży oraz także dział marketingu. Z wykształcenia marketingowiec po Politechnice Gdańskiej.

A.C.: Co spowodowało, że podjął Pan decyzję o aktywnej obecności w mediach społecznościowych, na LinkedInie?

M.H.: Decyzja była spontaniczna. Wynika z kilku rzeczy. Po pierwsze, żyjemy w rzeczywistości, która w dużym stopniu toczy się również w social mediach. Więc to po pierwsze. Po drugie, uważam, że komunikacja firm z otoczeniem, między innymi właśnie przy użyciu Internetu i social mediów, jest coraz bardziej istotna. Z jednej strony jest to szansa na skomunikowanie ważnych rzeczy dla firmy. Z drugiej strony coraz więcej osób, nie tylko konsumentów, ale osób w jakikolwiek sposób interesujących się życiem przedsiębiorstw, oczekuje również tego typu informacji i komunikacji. No i trzeci aspekt jest taki, że – jestem co do tego przekonany i zresztą badania nawet na to wskazują – że:

komunikacja personalna bezpośrednio od konkretnej osoby, na przykład dyrektora zarządzającego firmy, jest zazwyczaj dla odbiorców dużo ciekawsza niż taka komunikacja czysto korporacyjna.

Informacja pochodząca z profilu firmowego, którą nie wiadomo kto formułuje, kto zamieszcza, często jest “ugładzona”. A komunikacja personalna, jeszcze z interakcją oczywiście, jak to w social mediach, daje bardziej wiarygodny i ciekawszy przekaz.

A.C.: No dobrze, to zanim porozmawiamy o samej komunikacji, to tak z ciekawości, jak to było. Przyszedł ktoś kiedyś do Pana do gabinetu i powiedział: „Szefie, czas się uaktywnić”, czy to jakiś inny zbieg okoliczności, impuls?

M.H.: Tak jak wspomniałem, był to impuls wewnętrzny. Wziął się z tego, że zaobserwowałem pewne osoby w świecie wirtualnym, które już w ten sposób się komunikują. Jedną z takich pierwszych osób, pamiętam, był Ryszard Tomaszewski, prezes Tesco. Kilka lat temu w Polsce używał bardzo intensywnie Twittera do komunikowania się ze światem. Richard Branson to kolejny przykład. To jest osoba, która zapewnie nie osobiście prowadzi swój profil. Domyślam się, że jest to raczej jakiś zespół czy agencja, która się tym zajmuje, ale content, który on prezentuje, na przykład na LinkedInie, jest jednym z ciekawszych. Są też przykłady innych osób zarządzających biznesami. To była dla mnie bezpośrednio inspiracja do tego, żeby samemu również w ten sposób się pokazać.

A.C.: A z perspektywy już takiego heavy usera i aktywnego prezesa, który komunikuje głównie poprzez LinkedIna. Ja znam Pana z LinkedIna, może są inne przestrzenie, więc chętnie się dowiem. Jakie są główne korzyści dla Pana i dla firmy, oprócz tych wcześniej już wymienionych?

M.H.: Tak.

Dla mnie kanałem komunikacji, w zasadzie jedynym, którym steruję osobiście, jest LinkedIn. Ze względu na to, że LinkedIn trafia do specyficznego grona odbiorców.

Nazwijmy to sobie profesjonalistów, osób zainteresowanych tematami przedsiębiorstw, tym, co się w firmach dzieje. A to są akurat takie tematy, które ja poruszam. Korzyści, myślę, że są różnorakie.

Pierwszą korzyścią jest pewnego rodzaju inspiracja.

I mówię to na podstawie tego, w jaki sposób ja się inspiruję tego typu przekazami. I moim celem w tym przypadku jest zainspirowanie innych przedsiębiorców czy innych osób w innych firmach do pewnego rodzaju działań. Do tego, żeby te przedsiębiorstwa, na przykład w obszarze CSR-u, zaczęły robić pewne rzeczy, które są korzystne dla społeczeństwa. Otrzymuję już zresztą sygnały, że tak się dzieje, że niektóre rozwiązania wedlowskie są kopiowane w innych firmach. I o to chodzi. Bardzo mnie to cieszy. To jest pierwsza korzyść.

Druga korzyść jest, jak to się ładnie mówi „employer brandingowa”, czyli odnotowujemy trochę większe zainteresowanie pracą w Wedlu.

Poprzez LinkedIn jestem w stanie przekazać informacje na temat kultury organizacyjnej, tego, co się dzieje w firmie, co robimy, w jaki sposób pracujemy. Jak dbamy o pracowników. To są bardzo ważne aspekty w momencie podejmowania decyzji o tym, czy chce się u danego pracodawcy pracować czy nie. Tak, że to jest druga korzyść, która w tej chwili, tak na gorąco przychodzi mi do głowy.

No i trzecia sprawa, to jest interakcja, czyli w pewnym sensie informacja zwrotna od innych osób.

Obserwując uważnie otoczenie gospodarczo-polityczno-społeczne widzę, jakie tematy są najbardziej palące. Jakie są tematy najbardziej interesujące dla innych osób, które, poza tym, że są profesjonalistami, są też, nie da się ukryć, konsumentami naszych produktów. I tego typu informacje zwrotne bierzemy później pod uwagę w dyskusjach wewnątrzfirmowych. Bo wiemy, że pewne tematy są bardziej lub mniej dla innych osób, czytaj: na przykład konsumentów, interesujące.

A.C.: Ale to oznacza, że dyskusje na LinkedInie wpływają na to, co produkujecie?

M.H.: To pewnie za daleko idący wniosek.

Natomiast informacje z takich obszarów jak CSR czy employer branding są bardzo ważne dla tego, co w firmie robimy.

Jeśli chodzi o produkowanie produktów, czyli słodyczy, to mamy na to oddzielne procedury. Nie jest to takie proste, żeby wymyślić atrakcyjne produkty.

A.C.: Ale można zgłosić swój pomysł do Was?

M.H.: Oczywiście.

A.C.: Kiedyś się mówiło, że ludzie przychodzą do marki firmy, a odchodzą od szefów. Teraz się mówi, że ludzie przychodzą do szefów, a odchodzą od stanowisk.

Czyli przychodzą i nie tyle brand jest ważny, ile właśnie szef, który za tym stoi. Z kim ja będę pracował? Czy ta osoba będzie wpływała na mój rozwój? Kim jest?  Jak się zachowuje? Czy to będzie ktoś, z kim ja urosnę? Nie tyle firma jest ważna. A tutaj w tym momencie mam wrażenie, że budujecie na dwie nogi, tak? Czy to jest tak, że tylko Pan jest aktywny w kontekście działań firmy jako Wedel, tylko Pana twarz, czy też inni pracownicy, liderzy podejmują się tego zadania?

M.H.: Jeśli chodzi o komunikację w social mediach, to faktycznie jestem osamotniony, jeśli chodzi o Wedla w tej chwili w świecie wirtualnym. Ale to świadomy wybór.

Nasza komunikacja jako producenta tak zwanych dóbr szybkozbywalnych, produktów impulsowych, czyli konkretnie czekolady, odbywa się głównie na linii producent – konsument.

Używamy do tego celu oczywiście wielu social mediów, czyli Facebook, Instagram czy YouTube. Natomiast jest to przekaz czysto marketingowy. Mamy też inne przekazy, tak zwane employer brandingowe, ale to jest bardziej przekaz „korporacyjny”, tak to nazwijmy. Natomiast jeśli chodzi o przekaz personalny, to faktycznie jestem w tej chwili osamotniony. Tak to wygląda.

A.C.: Co Pana najbardziej zaskoczyło w kontekście właśnie takiej aktywności w social media na LinkedInie, i pozytywnie, i może mniej pozytywnie?

M.H.: To, co mnie czasami zaskakuje, to rodzaj odzewu na poruszane tematy.

Czasami wydaje się, że temat jest mało intrygujący, mało poruszający, a tymczasem wyzwala wielkie emocje. Tak się zdarzyło na przykład, gdy skomunikowałem, że w czasie strajku nauczycieli dajemy pracownikom posiadającym dzieci w wieku szkolnym dodatkowe godziny czy dni tzw. home office. Po to, żeby mieli możliwość po prostu się nimi zaopiekować, gdy nie ma zajęć w szkołach.

A.C.: I pojawił się też negatywny oddźwięk?

M.H.: Pojawił się też negatywny, tak, różnoraki. Interpretacja wpisu była od wielu osób mocno naznaczona politycznie. Moja intencja była czysto tak…

A.C.: Ludzka.

M.H.: Skierowana do pracownika, tak, ogólnoludzka do pracowników, bo chcemy, żeby nasi pracownicy czuli się komfortowo w pracy.

No i w momencie, kiedy nie ma co z dziećmi zrobić, to daliśmy im po prostu trochę wolnego czy home office’u.

Natomiast, wiadomo, że ten temat oczywiście można traktować politycznie i od razu zostałem posądzony o pewne deklaracje polityczne, co nie było tutaj moją intencją. Nie mam jednak też oczywiście problemu z tym, żeby na takie tematy dyskutować czy też sprostować albo doprecyzować moje intencje. 

Niemniej zaangażowanie osób czytających było, można powiedzieć, rekordowe. Z drugiej strony zaskakuje mnie też, że inne tematy są jakby zupełnie niedostrzegane, a wydawałoby się, że są ważne. 

A.C.: To jest dobry moment, żeby powiedzieć o czymś, co dla mnie jest ważne w kontekście Pana aktywności na LinkedInie. I tu chciałam dowiedzieć się o sposoby, o radzenie sobie, generalnie o postawę wobec hejterów. Bo obserwując Pana aktywność, widzę, że niezależnie, jaki temat jest podejmowany, przykład właśnie chociażby tego dnia wolnego, to za chwilę pojawi się w komentarzu temat pod tytułem: „A kiedy planujecie przestać używać oleju palmowego?”.

Ja jestem pełna uznania dla stylu komunikacji z tak zwanym hejterem i z takimi zaczepkami, które rzadko kiedy prowadzą do konstruktywnej dyskusji i nie pokazują na chociażby neutralne intencje, raczej na zaczepkę i na wywołanie tak zwanego “shitstormu” w Internecie.

M.H.: Tak. Wie Pani zapewne bardzo dobrze, że LinkedIn jednak jest dość mocno różny od Facebooka czy od Twittera. Tam faktycznie mamy realnych hejterów albo profesjonalne trolle internetowe, których intencje nie są do końca konstruktywne.

Natomiast na LinkedInie ja zawsze zakładam, że osoby, które komentują moje wpisy, jednak mają dobre, pozytywne intencje. To, czego wielu ludziom brakuje, to oczywiście brak wiedzy.

Zdarza się, że pewne tematy dotykają wiedzy dość specjalistycznej i z tego wynika, że niektóre komentarze są głównie wyrazem niewiedzy. Oczywiście, wiele osób lubi sobie po prostu „pokomentować”, obojętnie czy się zna na danym temacie, czy się nie zna.

A.C.: Nie znam się, ale się wypowiem.

M.H.: Dokładnie, jest wiele takich przykładów. Dlatego zakładając, że jednak te intencje są pozytywne i po prostu ktoś nie do końca zna temat, jestem w stanie, w kilku zdaniach najczęściej, znając temat dogłębnie, odpowiedzieć czy wytłumaczyć: rzeczywistość jest taka i taka. Traktuję to jako formę edukacji. Zresztą bardzo często kolejne reakcje są już zupełnie inne w swoim przekazie. Często takie osoby dziękują za informacje dopełniające i wtedy widać, że tak naprawdę nie miały wcześniej nic złego na myśli. Często piszą pod wpływem emocji, i tak jak mówię, często jest to połączone z niewiedzą. Natomiast w momencie, kiedy się odpowiada racjonalnie, w oparciu o fakty, udostępnia się pewną wiedzę, która nie jest tak na szybko dostępna dla przeciętnego obywatela, to taki dialog jest moim zdaniem potrzebny. 

A.C.: Czyli kierowanie do racjonalnych argumentów? A jak się już nie da? Była taka sytuacja?

M.H.: Wie Pani, zazwyczaj to się kończy tak, że ktoś przestaje odpowiadać, bo widzi, że osoba, z którą konwersuje zna temat lepiej od niej.

A jeśli ma mimo wszystko jakieś negatywne zamiary, to w pewnym momencie odpuszcza, no bo jak nie ma argumentów, to już co pozostaje?

A.C.: Okej. Czyli był taki moment, w którym Pan przestawał już komunikować do danej osoby, bo uznał, że wszystkie argumenty się wyczerpały i dalej trochę nie ma sensu?

M.H.: No zdarzało się, tak.

To raczej chyba pojedyncze przypadki, ale dosyć łatwo rozpoznać, że ktoś ma negatywne podejście, takie z natury.

Nie wiem, na ile intencjonalne, na ile nie, bo tutaj pewnie trzeba by psychoterapeutę zawołać. Nie jestem osobą takiej specjalności, więc nie będę się zastanawiał, kto ma jakie intencje. Natomiast, jeśli jest taka sytuacja, że ktoś idzie w zaparte po to, żeby iść w zaparte, no to już rozmowa z taką osobą nie ma do końca sensu i wtedy trzeba odpuścić.

A.C.: Super. Do mnie najczęściej przychodzi pytanie i myśl w kontekście aktywności prezesa, osoby zarządzającej firmą w Internecie, to jest pytanie o to, jak znajduje Pan czas. Jak Pan godzi obowiązki z tym, żeby jeszcze być aktywnym w social mediach i odpowiadać na te komentarze, wchodzić w interakcje ze społecznością, a nie po prostu komuś to oddelegować.

M.H.: Wolałbym mieć oczywiście dużo więcej czasu niż mam, jak pewnie prawie każdy współczesny człowiek.

Zdecydowanie za mało mam czasu też na tę działalność w social mediach. Tematów, które chciałbym poruszyć, o których chciałbym napisać jest dużo, dużo więcej, ale po prostu nie mam na to czasu. 

Odzywam się więc zazwyczaj w momentach, kiedy coś ciekawego wydarza się w firmie, tak jak na przykład niedawno stworzyliśmy mural na ścianie naszej fabryki. To jest temat moim zdaniem istotny. Ważny nie tylko dla firmy, ale generalnie dla całej społeczności, przynajmniej lokalnej. Staram się wtedy ten czas znaleźć bardzo szybko i dzielić się tymi wiadomościami.

Natomiast w praktyce wygląda to tak, że zazwyczaj wpisy na LinkedIna robię wieczorami.

Kiedy znajduję chwilę oddechu, kiedy kończę swoje obowiązki zawodowo-domowe. Jak mam jeszcze ochotę coś napisać na LinkedInie i mam do tego ciekawy content, to wtedy go publikuję. Aczkolwiek za często tego nie robię, no bo jednak niestety czas jest tutaj nieubłagany.

A.C.: A nie ma Pan kogoś, kto by panu pomagał? Nie myślał Pan o kimś takim?

M.H.: Wie Pani, najważniejsze jest dla mnie, żeby to było autentyczne, chcę, żeby to był mój osobisty przekaz, personalny. Miałem zapytania czy nawet propozycje od naszego działu komunikacji wewnętrznej, żeby zanim coś opublikuję, to żebym to przesłał do „kontroli”. Bo się zdarzyło ze dwa-trzy razy, że napisałem na LinkedInie według nich dwa słowa za dużo. No ok, ale z drugiej strony to by było w jakimś tam stopniu nienaturalne. Też jestem normalnym człowiekiem i czasami mogę się pomylić, czasami mogę napisać dwa słowa za dużo, czasami coś może być zbyt emocjonalnego. Ale nie widzę w tym nic złego, dlatego że każdy z nas taki jest. 

I jeśli ten przekaz ma być autentyczny i uczciwy, a taki bym chciał, żeby był, no to trochę, że tak powiem, ryzyko biorę na siebie.

Oczywiście zdrowy rozsądek też mam włączony, no bo co się wrzuca do Internetu, to wiadomo, zostaje już w nim na zawsze.

A.C.: Podobno nie na zawsze, bo już z nowych zawodów, które podobno powstają, są ludzie, którzy dokonują naszej śmierci w Internecie, czyi usuwają trwale wszystkie te złe ślady, które jesteśmy w stanie zostawić. Więc podobno to jest jeden z zawodów przyszłości, który już ma duże branie. A rzeczywiście, coś mi się wydaje, że prosta zasada pod tytułem „Piłeś – nie pisz” przeciwdziała tego typu zachowaniom.

M.H.: No tak. Ale nie do końca wierzę, że to się da wszystko wyeliminować, można robić screenshoty, różne rzeczy, które sobie człowiek zarchiwizuje, więc ten zdrowy rozsądek jest nie do zastąpienia. Widać to najlepiej na „impulsowym” Twitterze, z którego znikają emocjonalne wpisy, a później „wracają” jako screeny u innych użytkowników. Tak, że zdrowy rozsądek i „chłodna głowa” to dla mnie główne wskazówki w sytuacji, kiedy mam coś opublikować. 

A.C.: A czy zdarzyła się Panu sytuacja, w której pomyślał Pan albo ktoś przyszedł i powiedział: „Hmm, ten wpis jest taki, że on zagraża wizerunkowi firmy, może być niekorzystny”?

M: Miałem, pamiętam, dwie takie sytuacje. Raz jeden z naszych byłych pracowników mnie próbował sprowokować…

A.C.: W stylu GoWork?

M.H.: … manipulując informacjami, tak, w komentarzu. Przez moment nawet dałem się wciągnąć w ten dialog. I później jedna moja znajoma, która zajmuje się m.in. social mediami, powiedziała: „Słuchaj, tam chyba krok za daleko poszedłeś w tych komentarzach, z takimi ludźmi nie ma sensu dyskutować, może wykasuj to i tak dalej, bo to zostanie.”.

Po tej rozmowie stwierdziłem: „No trudno, napisało się, niech zostanie”, nie skasowałem żadnych komentarzy.

I druga uwaga, wewnętrzna od jednego z pracowników, który zwrócił mi jednego dnia uwagę na to, że: „Słuchaj, reprezentujesz firmę i to, co robisz tutaj na tym LinkedInie, to jakby w imieniu firmy robisz, włącznie z tym, które posty innych osób lajkujesz czy forwardujesz i tak dalej.”. Odpowiedziałem mu: „Owszem, jak najbardziej, natomiast nawet jeśli się z tym nie zgadzasz, z tym, co ja mówię, lajkuję albo forwarduję to trudno – jest 1200 pracowników w naszej firmie, nie każdy do końca się musi z tym utożsamiać, nie dajmy się zwariować. Każdy ma prawo do własnych poglądów”. I jeśli ja się z czymś zgadzam, promuję pewne treści, to nie ma cudów, może być tak, że komuś się to nie będzie podobać. Ktoś się może z tym nie zgodzić i to jest coś naturalnego. I nigdy nie będzie tak, że zadowolimy wszystkich w 100%.

A.C.: Czy w takim razie są jakieś tematy, kiedy świadomie Pan decyduje, o tym będę pisał

albo jakoś tak strategicznie podchodzi do tematu i myśli: „No to na LinkedInie będę poruszał te i te tematy, a na przykład w prasie i tradycyjnych mediach inne”. Czy jest jakaś za tym strategia, czy raczej spontaniczność i takie reagowanie na to, co się dzieje na bieżąco?

M.H.: Mamy strategię komunikacyjną, która jest skierowana do mediów szeroko pojętych, czy wideo, czy audio, czy też pisanych. Natomiast w nich jesteśmy w dużym stopniu też zależni od dziennikarzy, jakie pytania zadają i w jaki sposób oni chcą poprowadzić daną rozmowę.

W social mediach jest to dużo bardziej impulsowo, jest dużo bardziej spontanicznie.

Dodatkowo tematy typu „wprowadzamy nowy produkt na rynek”, uważam, że to jest akurat mało ciekawe dla odbiorców na LinkedInie, w związku z czym takich informacji raczej nie publikuję.

A.C.: A nie, nie, ja się nie zgodzę. Temat z lodami, który wprowadzaliście latem, chyba odbił się pozytywnym echem.

M.H.: Temat z lodami się odbił, tak, natomiast temat lodów jest dużo szerszy. Dlatego, że jest to temat otwarcia zupełnie nowego biznesu czy też nogi biznesowej dla przedsiębiorstwa. Jestem pewien, że za jakiś czas będzie rozpatrywany w pewnych grupach czy kręgach, jako pewien case biznesowy, który można analizować za i przeciw i tak dalej. Więc w tym kontekście ten temat na pewno jest dużo ciekawszy niż wprowadzenie dwudziestego piątego rodzaju czekolady…

A.C.: Ptasiego Mleczka.

M.H.: … na półki sklepowe. Czy pianek Ptasie Mleczko, tak.

A.C.: Okej, a teraz tak bardzo praktycznie.

Odpowiada Pan na wszystkie wiadomości, które pojawiają się na LinkedInie?

M.H.: Komentarze czy wiadomości?

A.C.: Nie, wiadomości. Wiadomość, którą wysyłam przykładowo do Pana osobiście.

M.H.: Z wiadomościami, nie ukrywam, mam trochę problem, bo tych wiadomości dostaję mnóstwo.

A.C.: No właśnie.

M.H.: I większość z tych wiadomości brzmi: „Oferuję usługi takie i takie i chciałbym tutaj zaprezentować, najlepiej przez telefon.” i tak dalej. Nie jestem w stanie na to wszystko reagować.

Zazwyczaj odpowiadam na wszystkie wiadomości, tylko że często z opóźnieniem.

Najczęściej odpowiadam standardową formułką: „Osobą odpowiedzialną za IT w naszej firmie jest osoba taka i taka, proszę z nią się skontaktować.”.

A.C.: I wtedy ktoś pisze: „Pan Maciej Herman kazał mi skontaktować się z Panem.”

M.H.: (śmiech).

A.C.: Czy to jest wytrych na trafienie do Was do firmy z ofertą?

M.H.: Być może. Większość z nich nie kończy się później współpracą, to oczywiste, dlatego że mamy swoich dostawców. Aczkolwiek są też przykłady takie, gdzie ta współpraca faktycznie się zawiązała.

Ilość start-upów czy ilość nowych rozwiązań, zwłaszcza w obszarze właśnie technologicznym, jest tak duża, że nie da się tego wszystkiego monitorować. Więc najprostszym rozwiązaniem jest jednak wysłuchać daną osobę, danego dostawcę, który ma coś ciekawego być może do zaproponowania.

Więc jako organizacja, staramy się mimo wszystko znaleźć czas na takie zapoznawcze spotkania. Przynajmniej te, które wyglądają na ciekawe, na takie, które mogą być w jakiś sposób innowacyjne i przydatne dla nas. Aczkolwiek nie ukrywam, że pewnie jest to kilka procent z tej całości, które do nas trafiają.

A.C.: Siedem?

M.H.: Siedem?

A.C.: Siedem procent?

M.H.: Nie wiem, nie znam statystyk, ale myślę, że to jest liczba raczej między 0 a 10.

A.C.: Tutaj też chciałabym dotknąć tego tematu, bo otwierając się na LinkedInie czy w mediach społecznościowych, dajemy przystęp do takiego bezpośredniego kontaktu.

Będąc tutaj w Warszawie, w Waszej fabryce, dotarcie do Pana przez siedem drzwi, siedem asystentek jest trudne. A tutaj mamy kogoś…

M.H.: Trzeba mieć identyfikator przede wszystkim.

A.C.: Tak. Trzeba mieć identyfikator, żeby tutaj trafić, natomiast generalnie próba nawiązania relacji i kuszącym wydaje się to, że ja mogę mieć tutaj kontakt na LinkedInie. I właśnie ciekawi mnie reakcja. Ciekawi mnie, na ile to jest w ogóle chęć komunikowania, czy to traktuje się jako kolejny kanał spamowania przez oferentów.

M.H.: I jedno, i drugie. Na pewno to jest szukanie potencjalnych kooperantów, ale też nie ukrywam, że jest sporo takich kontaktów, interakcji opartych o pewne konkretne tematy.

Zresztą ja sam nie jestem tylko odbiorcą i nadawcą tego contentu, ale sam też aktywnie przeglądam wpisy innych osób, sam szukam inspiracji dla siebie, zdarza mi się też często komentować tematy, które mnie szczególnie interesują.

Z jakich powodów? Po prostu dla wymiany myśli, która w pewnych przypadkach prowadzi do tego, że stajemy się mądrzejsi albo zainspirowani. Albo też możemy podzielić się wiedzą z kimś, komu jej brakuje. Więc są to relacje bardzo często win-win, tak to nazwijmy, wynikające z normalanych kontaktów międzyludzkich.

A.C.: A co jest największym wyzwaniem oprócz czasu, który już tutaj padł, w takim aktywnym byciu twarzą firmy w komunikowaniu na LinkedInie?

M.H.: Największym wyzwaniem jest właśnie odpowiadanie na taką ilość wszystkich tych ofert,

bo „niestety” wychowano mnie w dzieciństwie tak, że na wiadomości się odpowiada. Więc jeśli komuś nie odpowiem, to czuję się z tym źle. Dlatego staram się każdemu odpisać i przynajmniej przekierować do danej osoby u nas w firmie. Tak więc to bym nazwał  największym wyzwaniem.

A.C.: Okej. A jaka reakcja otoczenia była taka najbardziej zaskakująca dla Pana? Niekoniecznie może z firmy, ale ogólnie.

M.H.: Ja generalnie jestem zaskoczony odzewem. Powiedzmy sobie szczerze, to jest działalność w pewnym sensie amatorska, wynikająca, jak już wspomniałem wcześniej, ze spontanicznej decyzji. To, co mnie zaskakuje to to, że pojawiają się głosy, że mój sposób prezentowania treści czy też wizerunku firmy na LinkedInie jest w jakiś sposób inspiracją, czy nawet „benchmarkiem” i wzorcem, jeśli chodzi o prowadzenie profilu prezesa na LinkedInie.

To mnie akurat zaskakuje, ponieważ nie miałem ambicji, żeby być tutaj jakimś “benchmarkiem”.

Robię to, bo sprawia mi to pewnego rodzaju przyjemność i z powodów, o których mówiłem wcześniej. Natomiast tak jak mówię, to działalność amatorska, bez jakiegoś super przygotowania merytorycznego, no i bez wsparcia agencyjnego, PR-owców i tak dalej.

A.C.: Okej. To podejście „amatorska” jest bardzo na miejscu, bo słowo „amator” pochodzi od „wielbiciel”, od kogoś, kto ma pasję w robieniu. A profesjonalista to jest taki rzemieślnik, który ma już wypracowane jakieś działania. Pytanie z innej beczki. Patrząc na Pana wpisy, reakcje ludzi, niektóre bardzo, bardzo olbrzymie zasięgi, jak widzę po reakcjach.

Widziałam wpisy, które miały ponad 1000 reakcji, po 500 komentarzy.

To jest imponująco pozytywne. Chociaż nie uważam wcale, że tutaj zasięgi są kluczowe, raczej, co treść robi z ludźmi niż zasięg, jaki ma treść. To jak to się ma do treści, które udostępnia firma Wedel na swoim profilu firmowym?

M.H.: Na LinkedInie?

A.C.: Tak.

M.H.: Prawdę mówiąc, ja nie wiem, czy w ogóle istnieje profil Wedla na LinkedInie. (śmiech) Żartuję. Ten profil oczywiście istnieje, natomiast tam chyba nie ma żadnego contentu, tam jest tylko…

A.C.: Wpisów jest dokładnie zero.

M.H.: Zero. No właśnie. Czyli dobrze się orientuję. Jest tylko krótka informacja o firmie, kim my jesteśmy itd.

A.C.: No i są Wasi pracownicy.

M.H.: No tak. Natomiast LinkedIn nie jest dla nas kanałem komunikacyjnym w sensie firmowym, bo z jednej strony informacje korporacyjne prowadzone przez profile właśnie korporacyjne są obarczone pewną taką dozą nieautentyczności, z drugiej strony…

A.C.: Może są autentyczne, ale mało wiarygodne.

M.H.: Może mało wiarygodne, dokładnie.

Z drugiej strony bardzo dużo się komunikujemy w social mediach, ale to jest komunikacja firma – konsument. Tam się dużo lepiej sprawdza Facebook, dużo lepiej się sprawdza Instagram na przykład.

I tam jesteśmy bardzo aktywni, jesteśmy tak naprawdę liderem w kategorii słodyczy, jeśli chodzi o komunikację social mediową w Polsce. Być może na LinkedInie mamy jakąś lekcję do odrobienia. Są firmy, BNP Paribas na przykład, które też obserwuję, które zamieszczają ciekawy content, przynajmniej dla mnie, na temat tego się dzieje w firmie. Aczkolwiek z mojego punktu widzenia nie jest to kanał priorytetowy.

A.C.: Mhm. Czyli po prostu ręce na pokład w innych miejscach.

M.H.: Ręce na pokład w innych miejscach, a LinkedIn, jak się rozmawia z żywym człowiekiem, jest to na pewno dużo ciekawsze.

A.C.: Okej. A jakie wyzwania przewiduje Pan w przyszłości, w kontekście właśnie tej komunikacji, działania na LinkedInie, swojego już?

M.H.: Mhm. Powiem Pani szczerze, że jeśli chodzi o moją komunikację na LinkedInie, ponieważ ona wypływa ze spontanicznych decyzji, to nie mam jakiegoś długofalowego planu.

Póki co trzymam się takiej komunikacji, pewnego stylu, który się, można powiedzieć, w naturalny sposób wykształcił.

A czy w przyszłości będzie, nie wiem, może LinkedIn 2, który będzie ciekawszy i przeskoczę do tego innego medium, czy zmienię sposób komunikowania się… Trudno mi w tej chwili powiedzieć. Świat i social media bardzo dynamicznie ewoluują. To, co jest pewne to to, że,

coraz więcej osób szuka w social mediach informacji na temat pracodawcy.

Tak jak Pani wspomniała, wybór przedsiębiorstwa, w którym chce się pracować jest bardzo istotny. Wiadomo, że scanning wszelkich informacji – jak się pracuje w danej firmie, jakie są wartości, jaka jest kultura organizacyjna – jest coraz ważniejszy, zwłaszcza dla młodego pokolenia. Dla młodych ludzi, którzy nie chcą „byle gdzie” pracować, tylko w fajnych firmach, które coś robią dla społeczeństwa. 

A.C.: Też z “byle kim”, prawda?

M.H.: I z “byle kim” również, tak, oczywiście. Jeśli chodzi o firmy, jeśli chodzi o ludzi, którzy w nich pracują. Na pewno waga tego typu komunikacji będzie rosła w najbliższych latach, co do tego jestem przekonany. Natomiast też trzeba rozsądnie podchodzić do takich tematów. Social media to nie powinno być jedyne źródło informacji wiarygodnej. Zwłaszcza, że jednym z problemów, które mamy są fake newsy i nieprawdziwe informacje, które się w social mediach między innymi pojawiają, stąd trzeba być czujnym czytając tego typu wiadomości.

A.C.: Moją główną motywacją zaproszenia Pana do podcastu „Silna marka w praktyce” było to, że aktywność podejmowana przez Pana na LinkedInie jest dla mnie świetnym obrazem tego, jak można wykorzystać pozycję lidera.

W Pana przypadku prezesa firmy, do tego, żeby świetnie mówić o tym, jaka jest firma, co się dzieje w firmie, jakie są plany, co firma wypuszcza, jakie produkty itp.

Przywództwo to nie jest to, że ja mam komu przewodzić. Zarządza Pan przedsiębiorstwem, które zatrudnia 1200 osób, więc to jest armia ludzi. Natomiast wpływ, jaki może Pan mieć – jako osoba – na innych ludzi, pozytywny lub negatywny może być znacznie większy.

Do czego jeszcze mogliby liderzy wykorzystać swoją obecność w social mediach, żeby ten świat jednak na lepsze zmieniać? Nie tylko pomagać firmie, ale zmieniać świat na lepsze.

M.H.: Tu zdecydowanie się z Panią zgadzam. I to jest taka moja osobista ambicja. I staram się zresztą to robić, żeby w moich wpisach tak naprawdę nie mówić o tym, co się dzieje w Wedlu, jacy jesteśmy fajni i tak dalej, ale w pewnym stopniu rozszerzać percepcję osób, które to czytają, inspirować inne przedsiębiorstwa do pewnych działań, zwracać na pewne rzeczy uwagę, może też nawet edukować.

Takim przykładem jest temat, który mnie osobiście bardzo mierzi. Chodzi o poziom kultury wizualnej, czy w ogóle kultury, która w Polsce jest niestety dalekim priorytetem

i bardzo z tego powodu boleję. Uważam, że cierpimy jako społeczeństwo na tym, że nikt się specjalnie kulturą w Polsce nie przejmuje i nie zdajemy sobie sprawy jakie dalekosiężne skutki to ma i będzie miało na nasz kraj. Mówię tutaj o politykach czy… zwłaszcza o politykach, bo to są osoby, które mają kluczowy wpływ na to, co się w kulturze dzieje. No i ta kultura wizualna jest jednym z wymiarów kultury. Czyli to, jak wyglądają polskie ulice, jakie się budynki stawia, że jest jeden taki, drugi owaki…

A.C.: Czyli jakaś taka bylejakość, która wpływa na nas…

M.H.: Bylejakość.

A.C.: … nasz styl myślenia, funkcjonowania, tak?

M.H.: Dokładnie. Która wpływa na to, że później mamy „byle jakie” myśli też niestety w głowie. I teoretycznie nikomu to nie przeszkadza, czy może większości ludzi to nie przeszkadza. Natomiast jestem przekonany, że to później powoduje „bylejakość” czy jej akceptację w innych aspektach rzeczywistości. No i tutaj przy jednym z moich ostatnich wpisów, w którym pisałem właśnie o muralu, o odrestaurowywaniu starych neonów, które też zrobiliśmy jako firma, żeby zwrócić uwagę na to, że to jest ważne, tu też spotkałem się z negatywnym komentarzem. Nawet jeden z komentujących nazwał mnie bufonem, że się w ogóle zajmuję takimi tematami…

A.C.: Bo dzieci w Afryce giną.

M.H.: Nie użył takiego argumentu. Ale skomentował, co ja w ogóle robię, dlaczego ja w ogóle się wypowiadam na ten temat. Wypowiadam się, bo po pierwsze uważam, że zajmowanie się takimi tematami nie należy tylko do polityków czy ogółu społeczeństwa,. Kulturę wizualną w dużym stopniu tworzą przedsiębiorstwa. Przykładem pierwszym z brzegu jest zalew paskudnych reklam na bannerach, które wiszą na płotach, ścianach, są praktycznie wszędzie dookoła. Ogromne billboardy zasłaniające całe budynki w Warszawie. Poza ułomnymi przepisami, które tworzą politycy, ingerencja przedsiębiorstw w tego typu działalność też jest oczywista. W związku tym uważam, że

każdy z nas jako przedsiębiorca zdecydowanie ma wpływ na to, czy kultura wizualna jest na wyższym, czy na niższym poziomie w Polsce.

I powinniśmy o takie rzeczy dbać, o takich rzeczach mówić, zwracać na tego typu rzeczy uwagę. Starać się, żeby nasz kraj wyglądał lepiej po prostu.

A.C.: Czyli przedsiębiorcy mogą mieć realny wpływ na to, żeby zmieniać środowisko, w którym są.

Co by Pan powiedział – może nie oczekuję orędzia do innych prezesów – ale póki co w Polsce aktywność osób zarządzających firmami, niezależnie, czy to są osoby, które są właścicielami firm, które tworzyli przez lata, ale też tych, którzy pracują jako etatowcy, będąc prezesami przedsiębiorstw, jest relatywnie niska. Jest dużo obaw, barier. O korzyściach powiedzieliśmy, o obawach również. Co jeszcze można powiedzieć, dlaczego warto, a może dlaczego nie warto? Bo jakby nie oczekuję tutaj tego, że sobie będziemy tutaj potwierdzać, że warto. Co jeszcze może być taką rzeczą uodważniającą liderów do wzięcia na siebie takiej odwagi? Do tego, żeby wypowiadać się w social mediach, pokazywać i być tym liderem, który przewodzi, który ma wpływ?

M.H.: Na pewno nie jest tak, że każdy musi się wypowiadać. Nie o to chodzi. To mógłby być apel nie tylko do przedsiębiorców, czy do prezesów, ale ogólnie do wszystkich –

wypowiadajmy się w social mediach wtedy, kiedy mamy coś wartościowego do przekazania.

Plagą jest, że dużo osób wymądrza się na tematy, na których się nie zna. Dlatego tak trudno dyskutować na Facebooku czy na Twitterze. Do większości komentarzy w ogóle nie ma co się odnosić.

Natomiast przede wszystkim – róbmy fajne rzeczy jako przedsiębiorcy.

Nie tylko róbmy biznes, ale zdawajmy sobie sprawę z tego, że mamy wpływ na społeczności lokalne, które są dookoła nas.

Można to robić na wiele różnych sposobów, nie tylko wspierając biedne dzieci czy podnosząc poziom kultury wizualnej, o czym wspomniałem wcześniej. Jest wiele ważnych dziedzin. I nie ma firm, które są w stanie wszystkim się zająć. Ale znajdźmy sobie jakąś działkę, którą jesteśmy w stanie się zająć dobrze i na poważnie. 

Zróbmy coś dobrego dla otoczenia, dla kultury, dla edukacji, dla dzieci, dla kogokolwiek. Wtedy mówmy o tym, chwalmy się.

Bo to także inspiruje, mobilizuje innych do podobnych działań. Z drugiej strony jest tyle negatywnego przekazu w mediach dookoła nas, że ilość tych pozytywnych informacji, których potrzebujemy do tego, żeby mieć i dobry nastrój, i też wierzyć w to, że w dobrą stronę się rozwijamy jako kraj, jest nam potrzebna jak tlen do życia.  

A.C.: Ja tylko dodam jako ciekawostkę, bo ważny temat Pan poruszył. Ci ludzie, którzy się wypowiadają w Internecie, którzy niekoniecznie mają pojęcie o tym, co mówią. Jest w psychologii coś, co się nazywa efektem Krugera-Dunninga. Mówi on o tym, że ludzie, którzy mają niski poziom wiedzy, często mają wysoki poziom odwagi do wygłaszania jednoznacznych sądów. I myślę, że większość z nas w tym miejscu była. Jak byliśmy nastolatkami, to my wiedzieliśmy, jak trzeba żyć, żeby nie żyć jak nasi rodzice, prawda?

M.H.: Oczywiście.

A.C.: A Internet z drugiej strony oczekuje szybkich rozwiązań i łatwych rozwiązań na trudne tematy. I to jest podwójny bodziec do tego, żeby ludzie w ten sposób się wypowiadali. Bo przecież w Internecie mamy odpowiedzieć w 30 sekund, jak rozwiązać problem globalnego ocieplenia. I podać rozwiązanie na wszystkie trudne tematy, więc chyba to trochę trzeba przecierpieć. Może my dojrzejemy jako użytkownicy Internetu do tego, żeby dobrze go używać.

M.H.: Pozwolę sobie na taką małą poprawkę. Myślę, że Internet niczego nie oczekuje, bo Internet sam w sobie jest tylko narzędziem. Oczekują ludzie, którzy z tego korzystają. Natomiast zahaczamy tutaj o dużo szerszy i poważniejszy temat, czyli generalnie o edukację społeczną. 

I w jaki sposób my, w sensie rodzice, dorosłe osoby czy szkoła wychowujemy młodych ludzi.

Czy właśnie na zasadzie „istnieją szybkie rozwiązania i oczekuj szybkich rozwiązań i szybkiej satysfakcji”. Czy raczej: „komunikuj się z szacunkiem, zapytaj, dopytaj, nie ma nikogo, kto wie wszystko”. Jeśli w ten sposób będziemy wychowywać młodych ludzi, to też poziom dyskusji też w Internecie się podniesie. Edukacja to jest potężne wyzwanie i lekcja, którą mamy do odrobienia jako cały kraj. I to rzutuje później między innymi na poziom dyskusji w Internecie czy poza Internetem. 

A.C.: Okej. To jest piękna puenta. Bardzo dziękuję za otwartość, za pokazanie, że można amatorsko, autentycznie być głosem firmy i być benchmarkiem jednocześnie dla innych osób. Szczególnie na LinkedInie. Dziękuję za ten wywiad, za poświęcony czas, bardzo, bardzo, bardzo dziękuję.

M.H.: Bardzo dziękuję.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *